— Ej, Rabsun!... Powiedz od razu: ile on tobie dał?

— Za co?...

— Za to, że ja przyjdę do ciebie i z tym parchem będę robił interes?...

— To jest interes dla całej Fenicji, więc ja na nim zarobku nie potrzebuję — odparł oburzony Rabsun.

— Żeby się tobie tak dłużnicy wypłacali, jak to prawda!

— Żeby mi się nie wypłacili, jeżeli ja co na tym zarobię! Niech tylko Fenicja nie straci! — zakrzyczał z gniewem Rabsun.

Pożegnali się.

Nad wieczorem dostojny Dagon wsiadł w lektykę niesioną przez sześciu niewolników. Poprzedzali go dwaj laufrowie178 z kijami i dwaj z pochodniami; zaś za lektyką szło czterech służących uzbrojonych od stóp do głów. Nie dla bezpieczeństwa, lecz że Dagon od pewnego czasu lubił otaczać się zbrojnymi jak rycerz.

Wysiadł z lektyki z wielką powagą i podtrzymywany przez dwu ludzi (trzeci niósł nad nim parasol) wszedł do domu Rabsuna.

— Gdzież jest ten... Hiram? — zapytał dumnie gospodarza.