— Parę miesięcy temu stanął w zajeździe Asarhadona niejaki Phut, z miasta Harranu...

— Miał odebrać pięć talentów od jakiegoś kapłana — wtrącił Dagon.

— Cóż dalej? — spytał Hiram.

— Nic. Znalazł łaskę u jednej kapłanki i za jej radą pojechał szukać swego wierzyciela do Tebów.

— Masz rozum dziecka, a gadatliwość kobiety — rzekł Hiram. — Ten harrańczyk nie jest harrańczykiem, ale Chaldejczykiem, i nie nazywa się Phut, ale Beroes...

— Beroes?... Beroes?... — powtórzył przypominając sobie Dagon. — Gdzieś słyszałem to nazwisko...

— Słyszałeś!... — mówił z pogardą Hiram. — Beroes to najmędrszy kapłan w Babilonie, doradca książąt asyryjskich i samego króla...

— Niech on będzie doradcą, byle nie faraona, co mnie to obchodzi?... — rzekł bankier.

Rabsun podniósł się z krzesła i grożąc Dagonowi pięścią pod nosem, zawołał:

— Ty wieprzu, wypasiony na faraońskich pomyjach... Ciebie Fenicja tyle obchodzi co mnie Egipt... Gdybyś mógł, za drachmę sprzedałbyś ojczyznę... Psie trędowaty!