Raz, wróciwszy niespodzianie, zobaczył na dziedzińcu przed domem bardzo liczną gromadę nagich dzieci, wesoło bawiących się. Wszystkie były żółte i na jego widok rozbiegły się z krzykiem jak dzikie gęsi na moczarze. Nim wszedł na taras domu, znikły, że nawet śladu nie zostało.
— Cóż to za drobiazg — spytał Sary — który tak przede mną ucieka?
— To dzieci twoich sług — odparła.
— Żydów?
— Moich braci...
— Bogowie! jakże mnożnym jest ten naród — roześmiał się książę. — A któż jest ten znowu?... — dodał wskazując na człowieka, który lękliwie wyglądał zza muru.
— To Aod, syn Baraka, mój krewny... On chce służyć tobie, panie. Czy mogę go przyjąć?...
Książę wzruszył ramionami.
— Twój jest folwark — odparł — możesz przyjmować wszystkich, kogo zechcesz. Tylko, jeżeli ci ludzie będą się tak mnożyli, niedługo opanują Memfis...
— Nie cierpisz braci moich?... — szepnęła Sara, z trwogą patrząc na Ramzesa i obsuwając mu się do nóg.