Kapłanka bystro spojrzała na niego i szepnęła:

— Anael, Sachiel...

— Amabiel, Abalidot — odpowiedział tym samym tonem podróżny.

— Widzę, że kochasz matkę Izydę — rzekła kapłanka głośno. — Musisz być bogaty i jesteś hojny, więc warto ci powróżyć.

Usiadła przy nim, zjadła parę daktylów i patrząc na jego dłoń, zaczęła mówić:

— Przyjeżdżasz z dalekiego kraju od Bretora i Hagita137... Podróż miałeś szczęśliwą...

Od kilku dni śledzą cię Fenicjanie — dodała ciszej.

Przyjeżdżasz po pieniądze, choć nie jesteś kupcem... Przyjdź do mnie dziś po zachodzie słońca...

Żądania twoje — mówiła głośno — powinny się spełnić...

Mieszkam na ulicy Grobów w domu pod „Zieloną Gwiazdą” — szepnęła.