— To prawda, że nam potrzebna zgoda... Ciężkie czasy nadchodzą dla Fenicji...
— Czy morze zatopiło wam Tyr albo Sydon?... — spytał z uśmiechem Dagon.
Hiram splunął i zapytał:
— Coś pan taki zły dzisiaj?...
— Ja zawsze jestem zły, jak mnie nie nazywają — dostojnością...
— A dlaczego pan nie nazywasz mnie — miłością?... Ja przecie jestem książę!...
— Może w Fenicji — odparł Dagon. — Ale już w Asyrii u lada satrapy czekasz pan w sieniach trzy dni na posłuchanie, a kiedy cię przyjmą, leżysz na brzuchu jak każdy handlarz fenicki.
— A pan co byś robił wobec dzikiego człowieka, który może pana na pal wbić?... — zakrzyczał Hiram.
— Co ja bym robił, nie wiem — rzekł Dagon. — Ale w Egipcie ja sobie siedzę na jednej kanapie z następcą tronu, który dziś jest namiestnikiem.
— Zgoda, wasza dostojność!... Zgoda, wasza miłość!... — reflektował ich gospodarz.