Przy świetle rzeźbionego kagańca, w którym paliła się wonna oliwa, książę zobaczył Kamę.
— Nareszcie!... — zawołał, oddając jej złotą puszkę. — Masz wszystko, czego chciałaś!
Fenicjanka była rozgorączkowana; płonęły jej oczy. Porwała puszkę i, obejrzawszy ją, rzuciła na podłogę.
— Myślisz, że ona jest złota?... — rzekła. — Oddam mój naszyjnik, że ta puszka jest miedziana i tylko pokryta z dwu stron cienkimi blaszkami!...
— Także247 mnie witasz?... — spytał zdziwiony książę.
— Bo znam moich braci — odparła. — Oni fałszują nie tylko złoto, ale rubiny i szafiry...
— Kobieto... — przerwał następca — ależ w tej puszce jest twoje bezpieczeństwo...
— Co mi tam bezpieczeństwo!... — odparła. — Nudzę się i boję... Siedzę tu już ze cztery dni jak w więzieniu...
— Brakuje ci czego?...
— Brakuje mi światła... oddechu... śmiechów, śpiewów, ludzi... O mściwa bogini, jakże mnie ciężko karzesz!...