Lykon wszedł do komnaty, przy świetle kaganka wydobył ciężką skrzyneczkę, zarzucił na Kamę płaszcz i targnął ją za ramię.
— Zabieraj się. Gdzie są drzwi, którymi wchodzi do ciebie ten... ten twój pan?...
— Zostaw mnie...
Grek pochylił się nad nią i szeptał:
— Aha!... myślisz, że cię tu zostawię?... Dziś tyle dbam o ciebie, co o sukę, która węch straciła... Ale musisz iść ze mną... Niech dowie się twój pan, że jest ktoś lepszy od niego. On wykradł kapłankę bogini, a ja zabieram kochankę jemu...
— Mówię ci, że jestem chora...
Grek wydobył cienki sztylet i oparł jej na karku. Zatrzęsła się i szepnęła:
— Już idę...
Przez ukryte drzwi wyszli do ogrodu. Od strony książęcego pałacu dolatywał ich szmer żołnierzy, którzy palili ognie. Tu i owdzie, między drzewami, widać było światła; od czasu do czasu minął ich ktoś ze służby następcy. W bramie zatrzymała ich warta:
— Kto jesteście?