— Wasza dostojność myślisz...
— Jestem pewny, że bogowie znajdą i osądzą prawdziwego mordercę...
Przy furcie ogrodowej zabiegł im drogę rządca pałacu Kamy, wołając:
— Nie ma Fenicjanki!... Zniknęła tej nocy...
— Nowe nieszczęście... — szepnął nomarcha.
— Nie lękaj się — rzekł Mefres — pojechała za księciem...
Z tych odzywań się dostojny nomarcha poznał, że Mefres nienawidzi księcia, i — serce w nim zamarło. Jeżeli bowiem dowiodą Ramzesowi, że zabił własnego syna, następca nigdy nie wstąpi na tron ojcowski, a twarde jarzmo kapłańskie jeszcze mocniej zacięży nad Egiptem.
Smutek dostojnika powiększył się, gdy mu powiedziano wieczorem, że dwaj lekarze ze świątyni Hator obejrzawszy trup dziecięcia wyrazili przekonanie, iż zabójstwo mógł spełnić tylko mężczyzna. Ktoś — mówili — schwycił prawą ręką za obie nóżki chłopczyka i rozbił mu głowę o ścianę. Ręka zaś Sary nie mogła objąć obu nóżek, na których wreszcie znać było ślady dużych palców.
Po tym objaśnieniu arcykapłan Mefres, w towarzystwie arcykapłana Sema, poszedł do więzienia do Sary i zaklinał ją na wszystkie bogi egipskie i cudzoziemskie, aby oświadczyła, że ona nie jest winną śmierci dziecka, i ażeby opisała: jak wygląda sprawca zbrodni?
— Zawierzymy słowom twoim — mówił Mefres — i zaraz będziesz wolną.