Nazajutrz w południe arcykapłan Sem, nomarcha i naczelnik policji przyszli do więzienia Sary. Nieszczęśliwa nie jadła od kilku dni i była tak osłabiona, że nawet nie podniosła się z ławy na widok tylu dygnitarzy.
— Saro — odezwał się nomarcha, którego znała dawniej — przynosimy ci dobrą nowinę.
— Nowinę?... — powtórzyła apatycznym głosem. — Syn mój nie żyje, oto nowina!... Mam piersi przepełnione pokarmem, a serce jest jeszcze pełniejsze smutku...
— Saro — mówił nomarcha — jesteś wolna... Nie ty zabiłaś dziecię.
Martwe jej rysy ożywiły się. Zerwała się z ławy i krzyknęła:
— Ja... ja zabiłam... tylko ja!
— Syna twego, uważaj, Saro, zabił mężczyzna, Grek, nazwiskiem Lykon, kochanek Fenicjanki Kamy...
— Co mówisz?... — wyszeptała, chwytając go za ręce. — O, ta Fenicjanka!... Wiedziałam, że nas zgubi... Ale Grek?... Ja nie znam żadnego Greka... Cóż wreszcie mógłby zawinić Grekom mój syn...
— Nie wiem o tym — ciągnął nomarcha. — Grek ten już nie żyje. Ale uważaj, Saro: ten człowiek był tak podobny do księcia Ramzesa, że gdy wszedł do twego pokoju, myślałaś, że to nasz pan... I wolałaś oskarżyć samą siebie aniżeli swego i naszego pana.
— Więc to nie był Ramzes?... — zawołała, chwytając się za głowę. — I ja, nędzna, pozwoliłam, ażeby obcy człowiek wywlókł syna mego z kolebki... Cha!... cha!... cha!...