— Pasy każę z was drzeć!... powbijam na pale, jeżeli natychmiast nie dowiem się, gdzie jest ta jadowita gadzina, ten pomiot dzikiej świni rzucony w mierzwę...
— A, o gdzie nasz wódz!... — zawołał jeden z Libijczyków, wskazując na gromadkę konnych, którzy z wolna posuwali się w głąb pustyni.
— Co to jest? — zapytał książę.
— Nędzny Musawasa ucieka!... — odparł Patrokles i o mało nie spadł na ziemię.
Ramzesowi krew uderzyła do głowy.
— Więc Musawasa jest tam i uciekł?... Hej! kto ma lepsze konie, za mną!...
— No — rzekł, śmiejąc się, Patrokles — teraz sam beknie ten złodziej baranów!...
Pentuer zastąpił drogę księciu.
— Wasza dostojność nie możesz ścigać zbiegów!...
— Co?... — wykrzyknął następca. — Przez całą bitwę nie podniosłem na nikogo ręki i jeszcze teraz mam wyrzec się wodza libijskiego?... Cóż by powiedzieli żołnierze, których wysłałem pod włócznie i topory?...