Po kilku zakrętach i przejściach faraon znowu odezwał się:
— Ależ myśmy tu już byli, bodajże ze dwa razy!...
Kapłani milczeli, tylko niosący pochodnią oświetlił kolejno ściany, a Ramzes przypatrzywszy się wyznał w duchu, że chyba tu jeszcze nie byli.
W małej komnacie bez drzwi zniżono pochodnię i faraon spostrzegł na ziemi wyschłe, czarne zwłoki, owinięte zbutwiałą szatą.
— To — rzekł dozorca gmachu — jest trup pewnego Fenicjanina, które za szesnastej dynastii probował wedrzeć się do Labiryntu i doszedł aż tutaj.
— Zabito go? — spytał faraon.
— Umarł z głodu.
Szli już z pół godziny, gdy kapłan niosący pochodnią oświetlił framugę korytarza, gdzie równie leżały wysuszone zwłoki.
— To — mówił dozorca — jest trup kapłana nubijskiego, który za czasów dziada waszej świątobliwości probował tu wejść...
Faraon nie pytał, co się z nim stało. Miał wrażenie, że znajduje się w jakiejś głębi i że gmach przygniata go swym ciężarem. O zorientowaniu się wśród setek korytarzy, sal i komnat już nie myślał. A nawet nie pragnął wyjaśnić sobie: jakim cudem rozstępują się przed nimi kamienne ściany lub zapadają posadzki.