— Przeklęty dzień, w którym moje podeszwy dotknęły waszej ziemi!.. Wolałbym pracować w kopalniach i być bity kijami...
— Na to zawsze będzie czas — wtrącił surowo Herhor.
Grek umilkł i nagle zaczął drżeć zobaczywszy w ręce Mefresa kulkę z ciemnego kryształu. Pobladł, spojrzenie zmętniało mu, na twarz wystąpił pot kroplisty. Jego oczy były utkwione w jeden punkt, jakby przykute do kryształowej kuli.
— Już śpi — rzekł Mefres. — Nie dziwneż to?
— Jeżeli nie udaje.
— Uszczypnij go... ukłuj... nawet sparz... — mówił Mefres.
Herhor wydobył spod białej szaty sztylet i zamierzył się, jakby chcąc uderzyć Lykona między oczy. Ale Grek nie poruszył się, nawet nie drgnęły mu powieki.
— Spojrzyj tu — mówił Mefres zbliżając do Lykona kryształ. — Czy widzisz tego, który porwał Kamę?...
Grek zerwał się z krzesła, z zaciśniętymi pięściami i śliną na ustach.
— Puśćcie mnie!... — wołał chrapliwym głosem. — Puśćcie mnie, abym napił się jego krwi...