— Eunana?... — powtórzył faraon. — A cóż inni?...
— Prawie wszyscy ochotnicy, którzy pojechali z Tutmozisem, byli zaprzedani kapłanom.
— No, muszę już z tym skończyć! — rzekł pan. — Zatrąbcie na azjatyckie pułki...
Odezwała się trąbka i Azjaci zaczęli wysypywać się z koszar, ciągnąc za sobą konie.
— Podajcie i mnie konia — rzekł faraon. Ale uczuł silny zawrót głowy i dodał:
— Nie — podajcie mi lektykę... Nie chcę się męczyć...
Nagle zatoczył się na ręce oficerów.
— O mało nie zapomniałem... — mówił gasnącym głosem... — Przynieście hełm i miecz... ten stalowy miecz... znad Jezior... Idziemy do Memfisu...
Z pałacyku wybiegli dostojnicy i służba z pochodniami. Faraon, podtrzymywany przez oficerów, miał szarą twarz i oczy zachodziły mu mgłą. Wyciągnął rękę jakby szukając broni, poruszył ustami i wśród ogólnej ciszy przestał oddychać, on, pan dwu światów: doczesnego i zachodniego.