— Przychodzę w imieniu właściciela domu.
— Stróż siedzi w kozie — mówi baba.
— Za cóż to?
— O!... ciekawy pan!... — wrzasnęła. — Za to, że mu gospodarz pensji nie płaci.
Ładnych rzeczy dowiaduję się na wstępie!
Naturalnie poszedłem od stróża do rządcy, na trzecie piętro. Już na drugim piętrze słyszę krzyk dzieci, jakieś trzaskanie i głos kobiety wołającej:
— A gałgany!... a nicponie!... a masz!... a masz!...
Drzwi otwarte, we drzwiach jakaś jejmość w nieco białym kaftaniku wali troje dzieci rzemieniem aż świszcze.
— Przepraszam — mówię — czy nie przeszkadzam?...
Na mój widok dzieci rozpierzchły się w głąb mieszkania, a jejmość w kaftaniku chowając za siebie rzemień zapytała zmieszana: