„...Owszem, ile tylko razy pan zechce...” — mówiła rumieniąc się pani Stawska.
„...I nie będę natrętny?...”
— Piękna para! — rzekłem półgłosem do pani Misiewiczowej.
Spojrzała na nich i wzdychając odparła:
— Cóż z tego, choćby nieszczęśliwy Ludwik już nawet nie żył?
— Miejmy w Bogu ufność...
— Że żyje?... — spytała staruszka, wcale nie zdradzając zachwytu.
— Nie, nie o tym mówię... Ale...
— Mamo, ja już spać chcę — odezwała się Helunia.
Wokulski wstał z kanapki i pożegnaliśmy damy.