Chcąc złapać sanki przeszedłem na drugi chodnik i... prawie otarłem się o Wokulskiego... stał pod drzewem zasypany śniegiem, zapatrzony w okna.
„Więc to tak?... O, żebyś zdechł, mój kochanku, musisz ożenić się z panią Stawską.”
Wobec takiego niebezpieczeństwa postanowiłem działać energicznie. Więc zaraz na drugi dzień wybrałem się do Szumana i mówię:
— A wiesz, doktór, co się stało ze Stachem?
— Cóż, złamał nogę?
— Gorzej. Bo jakkolwiek, pomimo dwukrotnych zaproszeń, nie był na balu u księcia, lecz około północy wymknął się pod jego dom i stojąc na śnieżycy patrzył w okna. Rozumiesz pan?
— Rozumiem. Na to nie trzeba być psychiatrą.
— Zatem — mówię dalej — nieodwołalnie postanowiłem ożenić Stacha w tym jeszcze roku, nawet przed świętym Janem.
— Z panną Łęcką? — pochwycił doktór. — Radzę nie mieszać się do tego.
— Nie z panną Łęcką, ale z panią Stawską.