Staruszka rozpłakała się.
— Czy wiesz, kochany panie Rzecki — mówiła szlochając — że to jest moje najmilsze marzenie... Bo, że poczciwy Ludwiczek już umarł, za to głowę sobie dam uciąć... Tyle razy mi się śnił, a zawsze albo nagi, albo jakiś inny, nie ten...
— Zresztą — mówię — choćby nie umarł, dostaniemy rozwód.
— Naturalnie. Za pieniądze wszystkiego można dostać.
— Otóż to!... Cała rzecz w tym, ażeby pani Stawska nie opierała się.
— Zacny panie Rzecki! — zawołała starowina. — Ależ ona, przysięgnę, już dziś kocha się, biedactwo, w Wokulskim... Humor jej się zepsuł, po nocach nie sypia, tylko wzdycha, mizernieje kobiecisko, a kiedyście tu byli wczoraj, cóż się z nią działo... Ja, matka, poznać jej nie mogłam...
— Więc — basta!... — przerwałem. — Moja głowa w tym, ażeby Wokulski bywał tu jak najczęściej, a pani... niech dobrze usposabia panią Helenę. Wyrwiemy Stacha z rąk tej panny Łęckiej i... bodaj przed świętym Janem wesele...
— Bój się Boga, ależ Ludwiczek?...
— Umarł, umarł... — mówię. — Głowę sobie dam uciąć, że już nie żyje...
— Ha, w takim razie wola boska...