Spostrzegł również, że pani Stawska nigdy nie zajmuje się sobą. Kiedy skończy ze sklepem, myśli o Heluni, służy matce, troszczy się interesami służącej i mnóstwa ludzi obcych, po największej części biedaków, którzy niczym odwdzięczyć się jej nie mogli. Gdy zaś i tych kiedy zabrakło, wówczas zagląda do klatki kanarka, ażeby mu zmienić wodę albo dosypać ziarna.
„Anielskie serce!...” — myślał Wokulski. Pewnego zaś wieczora rzekł do niej:
— Wie pani, co mi się zdaje, kiedy patrzę na panią?
Spojrzała na niego zalękniona.
— Zdaje mi się, że gdyby pani dotknęła człowieka ciężko poranionego, nie tylko ból by go opuścił, ale chyba zagoiłyby mu się rany.
— Pan myśli, że jestem czarodziejką? — spytała bardzo zakłopotana.
— Nie, pani. Ja myślę, że tak jak pani wyglądały kobiety święte.
— Pan Wokulski ma rację — potwierdziła pani Misiewiczowa.
Pani Stawska zaczęła się śmiać.
— O, ja i święta!... — odparła. — Gdyby kto mógł zajrzeć w moje serce, dopiero przekonałby się, jak dalece zasługuję na potępienie... Ach, ale teraz wszystko mi jedno!... — zakończyła z desperacją w głosie.