Kiedy prosiłem za biedakami, odparł z gniewem:
— Patrz pan, jak oni mnie traktują, a jak Wokulskiego!... Jemu nie kłaniali się tak nisko, ale w każdym ruchu, w każdym spojrzeniu było widać, że by za nim poszli w ogień...
— Więc i pan, panie Szlangbaumie, chcesz, ażeby za tobą szli w ogień? — spytałem.
— Naturalnie. Przecie jedzą mój chleb, mają u mnie zarobki! ja im płacę pensję...
Myślałem, że Lisiecki, który posiniał słuchając tych bredni, palnie go w ucho. Pohamował się jednak i tylko spytał:
— A czy wiesz pan, dlaczego my za Wokulskim poszlibyśmy w ogień?...
— Bo on ma więcej pieniędzy — odparł Szlangbaum.
— Nie, panie. Bo on ma to, czego pan nie masz i mieć nie będziesz — rzekł Lisiecki bijąc się w piersi.
Szlangbaum zaczerwienił się jak upiór.
— Co to jest?... — zawołał. — Czego ja nie mam?... My nie możemy razem pracować, panie Lisiecki... pan obrażasz moje obrządki religijne...