— Wyborny pan jesteś!... A któraż kobieta twierdzi czy zapewnia was, że nie miała kochanków?...
— Ach, więc pani ich miała...
— Mój panie!... — wybuchnęła wdówka zrywając się.
Wnet jednak opamiętała się i rzekła chłodno:
— Zastrzegam sobie u pana niejaką względność w wyborze argumentów.
— Na co to?... Przecież oboje mamy równe prawa, a ja wcale się nie obrażę, jeżeli pani zapyta mnie o liczbę moich kochanek.
— Nie ciekawam.
Zaczęła chodzić po salonie. W Wokulskim zadrgał gniew, ale go opanował.
— Tak, przyznaję panu — mówiła — że nie jestem wolną od przesądów. No, ale ja jestem tylko kobietą, mam mózg lżejszy, jak utrzymują wasi antropologowie; zresztą jestem spętana stosunkami, nałogami i Bóg wie czym!... Gdybym, jednak była rozumnym mężczyzną jak pan i wierzyła w postęp jak pan, umiałabym otrząsnąć się z tych naleciałości, a choćby tylko uznać, że prędzej lub później kobiety muszą być równouprawnione.
— Niby pod względem tych feblików?...