— I była chwila, że chciałeś pan wyskoczyć z galerii?... — pytał Geist.
Wokulski cofnął się z krzesłem.
— Niech pana to nie dziwi — mówił gość. — Widziałem w życiu około tysiąca przyrodników, a w moim laboratorium miałem czterech samobójców, więc znam się na tych klasach ludzi... Za często spoglądałeś pan na barometr, ażebym nie miał odkryć przyrodnika, no, a człowieka myślącego o samobójstwie poznają nawet pensjonarki.
— Czym mogę służyć? — spytał jeszcze raz Wokulski ocierając pot z twarzy.
— Powiem niedużo — rzekł Geist. — Pan wie, co to jest chemia organiczna?...
— Jest to chemia związków węgla...
— A co pan sądzisz o chemii związków wodoru?...
— Że jej nie ma.
— Owszem, jest — odparł Geist. — Tylko zamiast eterów, tłuszczów, ciał aromatycznych daje nowe aliaże148... Nowe aliaże, panie Siuzę, z bardzo ciekawymi własnościami...
— Cóż mnie to obchodzi — rzekł głucho Wokulski — jestem kupcem.