— Nie mówiłbyś pan tak — odparł smutnie Klejn — gdybyś przeczytał choć z parę broszurek, nawet niedużych.
— Błazeństwo... — przerwał Mraczewski włożywszy ręce w kieszenie. — Będę czytał broszury, które chcą zniszczyć rodzinę, wiarę i własność!... No, takich głupich nie znajdziesz pan w Warszawie.
Wokulski zamknął księgę i włożył ją do kantorka. W tej chwili znowu weszły do sklepu trzy panie żądając rękawiczek.
Targ z nimi przeciągnął się z kwadrans. Wokulski siedział na fotelu i patrzył w okno; gdy zaś damy wyszły, odezwał się tonem bardzo spokojnym:
— Panie Mraczewski.
— Co pan każe?... — spytał piękny młodzieniec biegnąc do kantorka krokiem kontredansowym218.
— Od jutra niech pan postara się o inne miejsce — rzekł krótko Wokulski.
Mraczewski osłupiał.
— Dlaczego, panie szefie?... Dlaczego?...
— Dlatego, że u mnie już pan nie ma miejsca.