— Czy nie mógłbym, dyrektorze, wprowadzić tę klacz na wyścigi bezimiennie?
— Zrobi się.
— Ale...
— O! niech pan będzie spokojny — odparł dyrektor ściskając go za rękę. — Dla dżentelmena dyskrecja jest pierwszą cnotą. Spodziewam się, że i pan Maruszewicz...
— O!... — potwierdził Maruszewicz trzęsąc głową i ręką w taki sposób, że o tajemnicy pogrzebanej w jego piersiach nie można było wątpić.
Wracając obok maneżu Wokulski znowu usłyszał trzaśniecie batem, po którym czwarty pan znowu rozpoczął kłótnię z zastępcą dyrektora.
— To jest niedelikatność, mój panie!... — krzyczał czwarty. — Odzienie mi popęka...
— Wytrzyma — odparł flegmatycznie pan Szulc trzaskając batem w kierunku drugiego pana.
Wokulski opuścił rajtszulę.
Gdy pożegnawszy się z Maruszewiczem, siadał w dorożkę, przyszła mu szczególna myśl do głowy: