— Ja?... spisek?... — powtarza panna Florentyna, przyciskając rękoma piersi. — Nie rozumiem cię, Belu...
— Tak. Ty, pani Meliton i ten... zabawny bohater... Wokulski...
— Ja i Wokulski?... — powtarza panna Florentyna. Tym razem zdziwienie jej jest tak szczere, że wątpić nie można.
— Przypuśćmy, że nie spiskujesz — ciągnie dalej Panna Izabela — ale coś wiesz...
— O Wokulskim wiem to, co wszyscy. Ma sklep, w którym kupujemy, zrobił majątek na wojnie...
— A o tym, że wciąga papę do spółki handlowej, nie słyszałaś?
Wyraziste oczy panny Florentyny zrobiły się bardzo dużymi.
— Ojca twego wciąga do spółki?... — rzekła wzruszając ramionami. — Do jakiejże spółki może go wciągnąć?...
I w tej chwili przestrasza się własnych słów...
Panna Izabela nie mogła wątpić o jej niewinności; znowu parę razy przeszła się po gabinecie z ruchami zamkniętej lwicy i nagle zapytała: