Trzasnęły drzwi i do sklepu wszedł jegomość szpakowaty; zażądał breloku183 do zegarka, a krzyczał i stukał laską tak mocno, jakby miał zamiar kupić całą japońszczyznę.
Wokulski słuchał przechwałek Mraczewskiego bez ruchu. Doświadczał wrażenia, jakby mu na głowę i na piersi spadały ciężary.
— W rezultacie nic mnie to nie obchodzi — szepnął.
Po szpakowatym jegomościu weszła do sklepu dama żądająca parasola, później pan w średnim wieku chcący nabyć kapelusz, potem młody człowiek żądający cygarnicy, nareszcie trzy panny, z których jedna kazała podać sobie rękawiczki Szolca184, ale koniecznie Szolca, bo innych nie używa.
Wokulski złożył księgę, z wolna podniósł się z fotelu i sięgnąwszy po kapelusz stojący na kantorku skierował się ku drzwiom. Czuł brak oddechu i jakby rozsadzanie czaszki.
Pan Ignacy zabiegł mu drogę.
— Wychodzisz?... Może zajrzysz do tamtego sklepu — rzekł.
— Nigdzie nie zajrzę, jestem zmęczony — odpowiedział Wokulski nie patrząc mu w oczy.
Gdy wyszedł, Lisiecki trącił Rzeckiego w ramię.
— Coś stary jakby zaczynał robić bokami — szepnął.