— Jak chcesz.
— Z Moskwy obstalunki za dziesięć tysięcy rubli, na początek maja.
— Spodziewałem się.
— Z Radomia za dwieście rubli, ale furman upomina się na jutro.
Wokulski ruszył ramionami.
— Trzeba raz zerwać z tym kramarstwem — odezwał się po chwili. — Interes żaden, a wymagania ogromne.
— Zerwać z naszymi kupcami?... — spytał zdziwiony Rzecki.
— Zerwać z Żydami — wtrącił półgłosem Lisiecki. — Bardzo dobrze robi szef wycofując się z tych parszywych stosunków. Nieraz aż wstyd wydawać reszty, tak pieniądze zalatują cebulą.
Wokulski nic nie odpowiedział. Usiadł do swej księgi i udawał, że rachuje, ale naprawdę nie robił nic, nie miał siły. Przypomniał sobie tylko swoje niedawne marzenia o uszczęśliwieniu ludzkości i osądził, że musi być mocno zdenerwowany.
„Rozigrał się we mnie sentymentalizm i fantazja — myślał. — Zły to znak. Mogę ośmieszyć się, zrujnować...”