Wokulski spojrzał jej w oczy i dostrzegł takie przerażenie, taki smutek, że go znowu opanowała desperacja.
„Po com ja tu wchodził?...” — pomyślał.
Spojrzał na framugę okna i znowu zobaczył młodego człowieka, który ciągle siedział sam nad nietkniętym talerzem zasłaniając oczy ręką.
„Ach, po com ja tu przyszedł, nieszczęśliwy...” — myślał Wokulski czując taki ból, jakby mu serce wyrywano kleszczami.
— Może pan choć wina pozwoli? — pytała panna Izabela przypatrując mu się ze zdziwieniem.
— Co pani każe — odparł machinalnie.
— Musimy się lepiej poznać, panie Wokulski — mówił książę. — Musisz pan zbliżyć się do naszej sfery, w której, wierz mi, są rozumy i szlachetne serca, ale — brak inicjatywy...
— Jestem dorobkiewiczem, nie mam tytułu... — odparł Wokulski chcąc cośkolwiek odpowiedzieć.
— Przeciwnie, masz pan... jeden tytuł: pracę, drugi: uczciwość, trzeci: zdolności, czwarty: energię... Tych tytułów nam potrzeba do odrodzenia kraju, to nam daj, a przyjmiemy cię jak... brata...
Zbliżyła się hrabina.