Północ. Wokulski zaczął się rozbierać. Pod wpływem jasno określonego celu uspokoiły się rozstrojone nerwy. Zgasił światło, położył się i patrząc na firanki, którymi bujał wiatr wpadający przez otwarte okno, zasnął jak kamień.
Wstał o siódmej rano tak rześki i wesoły, że zwróciło to uwagę służącego, który zaczął kręcić się po pokoju.
— Czegóż to chcesz? — zapytał Wokulski.
— Ja nicz. Ino, proszę pana, stróż chce, ale nie śmi prosić, żeby pan pofatygował się i potrzymał mu dzieczko do krztu.
— A a a!... A pytał się, czy ja chcę, żeby on miał dziecko?
— Nie pytał się, bo pan był wtedy na wojnie.
— No dobrze. Będę jego kumem.
— To może by mnie pan teraz podarował sztary szurdut, bo jakże ja będę na krzcinach?
— Dobrze, weź ten surdut.
— A reperaczyja?...