— Czy to można w każdym razie spuścić się na obcych! — westchnęła panna Florentyna.
— Mam doskonałego plenipotenta, a zarazem przyjaciela, który lepiej prowadzi interesa, niżbym ja to potrafił.
— Szczęśliwy jesteś, panie Stanisławie... — pochwycił Łęcki. — Nie wyjeżdżasz w tym roku za granicę?
— Chcę być w Paryżu na wystawie.
— Zazdroszczę panu — odezwała się panna Izabela — Od dwu miesięcy marzę tylko o wystawie paryskiej, ale papa jakoś nie okazuje skłonności do wyjazdu...
— Nasz wyjazd całkowicie zależy od pana Wokulskiego — odpowiedział ojciec. — Radzę ci więc jak najczęściej zapraszać go na obiad i podawać smaczny, ażeby miał dobry humor.
— Zaręczam, że ile razy będzie pan na nas łaskaw, sama zajrzę do kuchni. Czy jednak dobre chęci wystarczą w tym wypadku...
— Z wdzięcznością przyjmuję obietnicę — odparł Wokulski. — Nie wpłynie to jednak na termin wyjazdu państwa do Paryża, ponieważ zależy on tylko od ich woli.
— Merci... — szepnęła panna Izabela.
Wokulski schylił głowę. „Znam ja to »merci«! — pomyślał — płaci się za nie kulami...”