— Nad sto.
— Przepreszem.
— Niech was pioruny!... Więc ile chcesz?...
— Jeden procencik od sumy wyższej nad siedemdziesiąt i dwadzieścia rubelków na koszta... — mówi kłaniając się do ziemi zakrystian.
— Dziesięć rubli weźmiesz? — pyta fiołkowy z gniewu pan Łęcki.
— Ja i rubelkiem nie pogardzę...
Pan Łęcki wydobywa wspaniały pugilares, z niego cały pęk szeleszczących dziesięciorublówek i jedną z nich daje zakrystianowi, który schyla się do ziemi.
— Zobaczy jaśnie wielmożny pan... — szepcze zakrystian.
Obok pana Ignacego stoi dwóch Żydów: jeden wysoki, śniady, z brodą tak czarną, że wpada w kolor granatowy, drugi łysy, z tak długimi faworytami, że walają mu klapy surduta. Dżentelmen z faworytami na widok dziesięciorublówek pana Łęckiego uśmiecha się i mówi półgłosem do pięknego bruneta:
— Pan wydzysz te pyniądze u ten szlachcic... Pan słyszysz, jak ony klaskają?... Ony tak czeszą szę, że mnie widzą... Pan to rozumysz, panie Cynader?...