Panna Izabela zmarszczyła piękne czoło i zatrzasnęła za sobą drzwi gabinetu. Jej ojciec wciąż siedział w kapeluszu na głowie.
— Cóż, ojcze? — spytała z odcieniem niesmaku, patrząc w jego czerwone oczy.
— Nieszczęście... ruina!... — odparł pan Tomasz z trudnością zdejmując kapelusz. — Straciłem trzydzieści tysięcy rubli...
Panna Izabela pobladła i usiadła na skórzanym szezlongu.
— Podły Żyd, lichwiarz, odstraszył konkurentów, przekupił adwokata i...
— Więc już nic nie mamy?... — szepnęła.
— Jak to nic?... Mamy trzydzieści tysięcy rubli, a od nich dziesięć tysięcy rubli procentu... Zacny ten Wokulski!... Nie miałem pojęcia o podobnej szlachetności... A gdybyś wiedziała, jak on mnie dziś pielęgnował...
— Dlaczego pielęgnował?...
— Miałem mały atak z gorąca i irytacji...
— Jaki atak?...