— Ja, nic... Padam do nóg wielmożnego pana... My tylko za interesem do pana hrabi... — tłomaczył się, zupełnie innym tonem, przed chwilą hałaśliwy Szpigelman.
— Kazali nam państwo dziś przyjść po pieniądze... — wtrącił inny Żyd.
— Właśnie panna hrabianka wczoraj dała słowo, że będziemy dziś spłaceni wszyscy, i co do grosza...
— Będziecie — przerwał Wokulski. — Jestem pełnomocnikiem pana Łęckiego i dziś, o szóstej, załatwię z wami rachunki w moim kantorze.
— Nic nagłego... Po co się wielmożny pan ma tak śpieszyć... — odparł Szpigelman.
— Proszę przyjść o szóstej do mnie, a Mikołaj niechaj tu żadnych interesantów nie przyjmuje, kiedy pan chory.
— Rozumiem, wielmożny panie!... A nasz pan czeka w pokoju sypialnym — odparł Mikołaj.
Gdy zaś Wokulski odszedł, powypychał Żydów za drzwi mówiąc:
— Poszły parchy!... Won!...
— Ny!... ny!... co — się pan tak gniewa?... — mruczeli bardzo zmieszani Żydkowie.