— Znam tego Litwina, nazywa się baronowa Krzeszowska...
— Co?... — zdziwił się adwokat.
— Ten skąpy Litwin daje nie osiemdziesiąt, ale dziewięćdziesiąt tysięcy za mój dom, pan zaś proponujesz mi niższą cenę, ażeby więcej zarobić...
— Hę! hę! hę!... — zaczął śmiać się adwokat. — Któż by inaczej robił, szanowny panie Wokulski?
— Powiedz pan zatem swojemu Litwinowi — przerwał mu Stach — że sprzedam kamienicę, ale za sto tysięcy rubli. I to do Nowego Roku. Po Nowym Roku cenę podniosę.
— Ależ to jest nieludzkie, co pan mówi!... — wybuchnął gość. — Pan chce tej nieszczęśliwej kobiecie wydrzeć ostatni grosz... Co świat na to powie, zastanów się pan!...
— Co powie świat, o to nie dbam — rzekł Wokulski. — A jeżeli zechce mnie moralizować, tak jak pan, pokażę mu drzwi. O, tam są drzwi, widzisz pan, panie adwokacie?
— Daję panu dziewięćdziesiąt dwa tysiące rubli i ani grosza więcej — odparł adwokat.
— Niech pan włoży futro, bo się pan zaziębi na dziedzińcu...
— Dziewięćdziesiąt pięć... — wtrącił adwokat i szybko zaczął się ubierać.