Światło w przedpokoju nieco oprzytomnia pannę Izabelę. Uśmiecha się.
— Weź, Florciu, lampę do mego pokoju. Papa jest?
— Przed chwilą wyjechał.
— A Mikołaj?
— Zaraz wróci, poszedł oddać list posłańcowi. Czy gorzej boli cię głowa? — pyta panna Florentyna.
— Nie — śmieje się panna Izabela — tylko zdrzemnęłam się i tak mi się coś majaczyło.
Panna Florentyna bierze lampę i obie z kuzynką idą do jej gabinetu. Panna Izabela siada na szezlongu, zasłania ręką oczy przed światłem i mówi:
— Wiesz, Florciu, namyśliłam się, nie sprzedam moich sreber obcemu. Mogą naprawdę dostać się Bóg wie w jakie ręce. Siądź zaraz, jeżeliś łaskawa, przy moim biurku i napisz do ciotki, że... przyjmuję jej propozycję. Niech nam pożyczy trzy tysiące rubli i niech weźmie serwis i srebra.
Panna Florentyna patrzy na nią z najwyższym zdumieniem, wreszcie odpowiada:
— To jest niemożliwe, Belciu.