Naturalnie, zaprosiłem go z radością i przypomniałem sobie dobre czasy, kiedy Stach przepędzał u mnie prawie każdy wieczór. Jakże daleko te czasy! Dziś on był posępny, ja zakłopotany i choć obaj mieliśmy sobie dużo do powiedzenia, żaden z nas nie patrzył drugiemu w oczy. Nawet zaczęliśmy rozmawiać o mrozie i dopiero szklanka herbaty, w której było pół szklanki araku854, rozwiązała mi trochę usta.
— Wciąż mówią — odezwałem się — że sprzedajesz sklep.
— Już go prawie sprzedałem — odparł Wokulski.
— Żydom?...
Zerwał się z fotelu i wsadziwszy ręce w kieszenie zaczął chodzić po pokoju.
— A komuż go sprzedam?... — spytał. — Czy tym, którzy nie kupią sklepu, gdyż mają pieniądze, czy tym, którzy by go dlatego tylko kupili, że nie mają pieniędzy? Sklep wart ze sto dwadzieścia tysięcy rubli, mam je rzucić w błoto?
— Strasznie ci Żydzi wypierają nas...
— Skąd?... Z tych pozycyj, których nie zajmujemy albo do zajmowania których sami ich zmuszamy, pchamy ich, błagamy, aby je zajęli. Mego sklepu nie kupi żaden z naszych panów, ale każdy da pieniądze Żydowi, aby on go kupił i... płacił dobre procenta od wziętego kapitału.
— Czy tak?...
— Naturalnie, że tak, wiem przecie, kto Szlangbaumowi pożycza pieniędzy...