„A ja pana najlepiej zapamiętałam, kiedy pan w lecie był w tej kamienicy, gdzie mieszkałyśmy. I nie wiem dlaczego, zdawało mi się...”
— A co to był za kłopot z tymi paszportami!... Bóg wie, kto brał, komu oddawał, czyje wpisywał nazwisko... — opowiadała pani Misiewiczowa.
„...Owszem, ile tylko razy pan zechce...” — mówiła rumieniąc się pani Stawska.
„...I nie będę natrętny?...”
— Piękna para! — rzekłem półgłosem do pani Misiewiczowej.
Spojrzała na nich i wzdychając odparła:
— Cóż z tego, choćby nieszczęśliwy Ludwik już nawet nie żył?
— Miejmy w Bogu ufność...
— Że żyje?... — spytała staruszka, wcale nie zdradzając zachwytu.
— Nie, nie o tym mówię... Ale...