Głos jej drgnął, ale Wokulski nie spostrzegł tego. Wyskoczył z karety i pobiegł do kamienicy zajmowanej przez pana Łęckiego, gdzie właśnie stanęli.
Gdy Mikołaj otworzył mu drzwi, kazał zameldować się pannie Łęckiej. Była sama i przyjęła go natychmiast, zarumieniona i zmieszana.
— Tak dawno nie był pan u nas — rzekła. — Czy pan był chory?...
— Gorzej, pani — odpowiedział nie siadając. — Ciężko obraziłem panią bez powodu...
— Pan mnie?...
— Tak, pani, obraziłem panią podejrzeniami. Byłem — mówił stłumionym głosem — byłem na koncercie u państwa Rzeżuchowskich... Wyszedłem nawet nie pożegnawszy się z panią... Już nie chcę mówić dalej... Czuję tylko, że ma pani prawo nie przyjmować mnie jako człowieka, który nie ocenił pani... śmiał posądzać...
Panna Izabela głęboko spojrzała mu w oczy i wyciągając rękę rzekła:
— Przebaczam... niech pan siada.
— Niech pani nie spieszy się z przebaczeniem, bo ono może podnieść moje nadzieje...
Zamyśliła się.