— Jakoś nie słychać, choć kto ich tam wi!... — odpowiedział tubylec.
— Hum!... A czy... to jest... czy nie błąkają się tu jakie włóczęgi, ludzie podejrzani?
— Gdzie ta ich brakuje!... — odparł badany.
Nie umiemy powiedzieć, o ile oświadczenie to zachęciło pana Karola do poszukiwań, pewne przecież jest, że bohater nasz po krótkim namyśle dodał:
— A czy nie mógłbyś, mój przyjacielu, pójść ze mną w tamtą stronę... Tak dla pokazania drogi?...
— Jo tam ni mam casu!... — ofuknął tubylec i poszedł dalej.
Nic już nie pozostawało panu Karolowi, tylko także wyruszyć w swoją stronę, co uczynił, pogwizdując jakąś wesołą aryjkę. Ledwie jednak wysokie drzewa zakryły przed nim restaurację „pod Dębem,” kiedy nagle przystanął, ostrożnie obejrzał się dokoła i... wydobył z kieszeni długi składany nóż, który niezwłocznie otworzył.
Zadrżałby ten, kto by mógł zobaczyć uśmiechniętą zwykle twarz Karola, wówczas gdy ściskał błyszczącą stal w białej i delikatnej ręce...
Biedna Maria!...
*