— I taki łotr — dodał po chwili pan Łukasz — śmie jeszcze grozić mi procesem albo nachodzić mój dom i upominać się o swoje naczynia i o zapłatę!... Czysty rabuś... Strach pomyśleć, jacy niesumienni są dzisiejsi ludzie. A wszystko przez chciwość.
W tej chwili pan Łukasz powstał ciężko z kanapy i suwając nogami, wyjrzał przez okno na ową zepsutą przez mularza wygódkę. Ale pomimo najszczerszych chęci nie mógłby powiedzieć, na czym polegało zepsucie naprawionego budynku.
Bliżej okna stał duży śmietnik, zawsze pełny i cuchnący. Na szczycie stosu słomy, papierów, skorup i tym podobnych rupieci pan Łukasz zobaczył swój stary, okrutnie podarty pantofel, który po długiej walce ze sobą wczoraj własnoręcznie wyrzucił.
„Ej! czy ja się tylko nie pośpieszyłem zanadto z tym wyrzuceniem? — pomyślał starzec. — Pantofel z daleka wygląda wcale dobrze... Chociaż... zostawmy go w spokoju!... Co dzień musiałem go łatać, na co, jak obliczyłem bez błędu, wychodziło mi rocznie za parę rubli skrawków...”.
Wtem zapukano do mieszkania. Pan Łukasz odwrócił się od okna i z niemałym wysiłkiem, prędko suwając nogami, doszedł do drzwi. Otworzył w nich drewniany lufcik i przez kratę zapytał:
— Kto tam tak wali we drzwi?... Czy nie wiesz, żeś mógł je wyłamać?...
— List z kancelarii pana adwokata! — odpowiedział głos spoza kraty.
Pan Łukasz prędko pochwycił pismo.
— A może co na piwo dostanę? — zapytał posłaniec.
— Nie mam drobnych — odparł pan Łukasz. — Zresztą nie wal tak mocno we drzwi, jeżeli chcesz dostać na piwo.