Stary podniósł z ziemi papier i laskę i zabierając się do powrotu, rzekł szczególnym tonem:
— O, toś pan dużo zwojował!...
A potem szepnął do siebie:
— Nie może być inaczej.
Odprowadziwszy mnie przed nasz dom, pan Dobrzański oddał mi papier i wrócił do siebie. Gdym opowiedział matce, co się stało, pokiwała smutnie głową i rzekła:
— Straszne to nieszczęście; niech Bóg wszystkich od niego zachowa!...
Dopiero Łukaszowa objaśniła mnie, że to tak wyszczuto złego człowieka, który mieszka w chacie za naszymi polami.
Zauważyłem, że od tej pory mój nauczyciel zrobił się posępniejszy i bardziej roztargniony przy lekcjach i że często z goryczą odzywał się do matki o panu kasjerze. Raz nawet, gdy wobec pana Dobrzańskiego pan burmistrz wychwalał kasjera, nazywając go polityczną głową i niebezpiecznym agitatorem, stary nauczyciel, uderzywszy pięścią w stół, krzyknął z gniewem:
— A ja panu mówię, że to głupiec!...
— Kto? — zapytał zdumiony pan burmistrz.