Któregoś dnia, w pierwszej połowie maja, zrobił się u nas ruch. Po południu przyszedł pan kasjer.
— Boję się — mówił wzruszonym głosem do mamy — boję się, żeby u nas nie było jakiego głupstwa. Jedni z tej strony, drudzy z tamtej, a my: we środku... Może być źle...
I otrząsnął się jak na mrozie.
— Cóż tam panu? — odparła mama. — Pan już jesteś oswojony, ale my... A jednak... przyjmiemy wszystko, co Bóg da.
— Nie myśli pani wyjechać? — spytał nagle. — Bo ja w razie czego...
— Dokąd?... Zostają inni, zostaniemy i my. Co nas ma spotkać, niech spotka na miejscu. Nie wiadomo, czy uciekając przed imaginacją, nie trafilibyśmy na nieszczęście.
Pan kasjer pobladł.
— To prawda, to prawda — rzekł. — Ha, więc i ja zostanę.
Pożegnał mamę, lecz wrócił się ode drzwi.
— Jednakże dzisiaj można by jeszcze znaleźć wolną drogę... Kto wie, czy nie wyjadę...