— Pamiętna noc — westchnął kasjer, rozwalając się na fotelu. — Nie zapomnę jej, choćbym żył milion lat.
Pan Dobrzański wydał głos środkujący między śmiechem i kaszlaniem. Kasjer spojrzał na niego spod oka i w znaczący sposób ruszył brwiami.
— Cóż to było? — pochwyciła mama.
— Opowiem państwu, bo to, co mi się trafiło, wygląda na wyjątek z historii Rinaldiniego. Nadzwyczajne wypadki... i tragiczne... Bardzo tragiczne!...
Poprawił się na fotelu, odchrząknął i mówił:
— Otóż, przekonałem się na swoje własne oczy, że nasz pustelnik, ten zza olszyny, jest rzeczywistym szpiegiem... I to bardzo niebezpiecznym...
Pan Dobrzański podniósł się z krzesła, ale Władek mrugnął na niego.
— Z ukrycia — ciągnął kasjer — widziałem, jak do jego chaty wstępował oficer z kilkoma żołnierzami i długo z nim rozmawiał. Ale to nic. Widziałem go bowiem drugi raz, jak dobrze po północy wracał z miasta. Byłem pewny, że znowu chodził porozumiewać się z wojskiem...
— Wojska już nie było — wtrącił gniewnie nauczyciel.
Lecz mama spojrzała i umilkł.