Raz, kiedy siedząc na szezlongu, trzymałem w ręku „Figaro”, a myślałem o czym innym, usłyszałem w salonie jakiś szmer, a potem głos Ewci:

— Proszę cię na chwilę, Ludwiku.

Wchodzę... Osłupiałem... Boże miłosierny! Ależ w moim salonie, obok mojej żony, widzę Józię tokarkę, a za nią jakiegoś dryblasa...

— Ludwiku — rzekła Ewcia — młodzi narzeczeni przyszli podziękować ci za posag...

I gdy ja stałem bez ruchu, jak Niobe, rozpaczająca po dzieciach, Józia cmoknęła mnie w jedną rękę, a dryblas w drugą. Potem oboje upadli do nóg Ewci, która wręczyła Józi pięć sturublowych papierków i sznur korali.

Po chwili narzeczeni wyszli, błogosławiąc nas, a Ewcia zwróciła się do mnie:

— Oj ty dziadzie, ty stary dziadzie!... I komu to tu świat gubić!

— A teraz, duszko — odezwałem się skromnie — chyba wierzysz w moją niewinność?...

— O niewinności tej dziewczyny nigdy nie wątpiłam — odparła Ewcia.

I co pan powiesz: na tym skończyła się cała awantura!... Tak przecie byłem wzruszony szlachetnością Ewci, tak zgnębiony jej pobłażaniem, że rozchorowałem się na gastryczną gorączkę, która na tydzień przykuła mnie do łóżka.