Ślimak, który niekiedy spotykał dziedzica i pilnie mu się przypatrywał, nie wierzył w ową sprzedaż.
„Jaki on jest, taki jest — myślał chłop o dziedzicu — ale przecie martwiłby się tym nieszczęściem. Toż oni tu siedzą z dziada pradziada, tu wyrośli, a ojcowie ich zajmują połowę tutejszego cmentarza. Kamień gryzłby się, nie tylko człowiek, żeby go z tak dawnego miejsca ruszyli. Wreszcie, czy on bankrut jak inni? Pieniądze ma, to wiadomo”.
Tak sobie myślał chłop, bo mierzył pana swoją miarą, a już wcale nie rozumiał tego, co znaczy młoda żona, która nudzi się na wsi.
I kiedy tak myślał, zaufany w spokojną twarz dziedzica — w karczmie pod przewodnictwem szynkarza Josela odbywały się między gospodarzami doniosłe narady.
Pewnego ranka, w połowie stycznia, wpadła do chaty Ślimaków stara Sobieska. Słońce zimowe jeszcze nie zdążyło rozejrzeć się po świecie, ale babie już płonęły ogniem policzki i krwią nabiegły oczy. Wpadła do izby w starym jak sama kożuchu, z rozdartą na chudych piersiach koszulą.
— No, postawcie wódki — zawołała, utykając na progu — to wam cosik powiem.
Ślimak wybierał się do młocki, ale zagadnięty w ten sposób, usiadł pod piecem i kazał podać babie wódkę, wiedząc, że starucha nie rzuca słów na żarty.
Wypiła duży kielich, tupnęła nogą i krzyknęła: „u-ha!...”. Potem, obtarłszy usta, rzekła:
— A wiecie wy, że dziedzic sprzedaje całe mienie: lasy, pola, wszystko?... Co najwyżej zostawi sobie dwór i ogród...
Ślimakowi przyszła na myśl łąka i zimno go przejęło. Ale krótko odparł: