— O, widzisz — mówił Owczarz do dziecka — to jest las, ale nie nasz, ino dziedzica. Kupił se tu Ślimak cztery siągi drzewa i zwozimy je, póki droga lepsza, a konie w polu niepotrzebne. Jak urośniesz, będziesz se tu z dziećmi chodziła na jagody. Ino nie załaź daleko i rozglądaj się, żeby ci wilk drogi nie zastąpił. Tpru!... stój!...

Stanęli pod stosem drzewa. Owczarz odwiązał dziecko od sani i rozejrzawszy się, umieścił je na kępie jałowcu, w miejscu zacisznym. Potem wydobył z kobiałki flaszkę mleka i przytknął do ust znajdy.

— Naści, pij, nabierz sił, bo będzie trochę roboty. Szczapy są niemałe i dobrze się nadźwigasz, zanim naładujesz sanie. Już nie chcesz?... A psik!... Niech ci będzie na zdrowie. A jak czego potrzebujesz, to wołaj.

Zawdy nawet z takim maleństwem weselej jest aniżeli samemu — dodał do siebie. — Dawniej nie miał człowiek do kogo gęby otworzyć, a dziś nagada się za wszystkie czasy.

Wziął się do nakładania drzewa.

— Przypatrzże się teraz, jak idzie taka robota. Jędrek to by zara szarpnął szczapę, rozwaliłby cały siąg, zmęczyłby się i wnet ustał. Ale ty weź drewno z wierzchu — tak — ładnie, ciągnij se powoli, włóż na ramię i do sani. Ot, i już masz jedno. Tak samo z drugim. Bierz powoli z wierzchu siąga, na ramię i do sani. Ot, i masz dwa. Ino pomaluśku, nie zrywaj się, bo ustaniesz.

Drewno, psia wiara, nie chce iść na sanie, bo ono ma swój rozum i wie, co go czeka. Tak kużden woli własny kąt, choćby najgorszy. Ino takiemu wszystko jedno — dodał z westchnieniem — co nigdzie nie ma własnego kąta. Tu zmarnieć czy tam zmarnieć, wszystko jedno...

Tak prawił Owczarz, powoli układając drzewo. Niekiedy odpoczywał albo na rozgrzewkę uderzał się po bokach skostniałymi od zimna rękami, albo okrywał płachtą sierotę. Tymczasem poczerwieniało niebo i zerwał się mocny wiatr zachodni, przesycony wilgocią.

Ujęty zimowym snem las ożył, począł poruszać się i gadać. Zadrżały zielone igły sosen, potem gałązki, potem wyciągnięte konary zachwiały się, podając sobie jakieś znaki; nareszcie — poruszyły się wierzchy i pnie drzew. Kołysały się naprzód i w tył, jakby naradzając się albo zabierając do pochodu. Zdawało się, że już dokuczyła im wiekowa nieruchomość i że lada chwilę całą gromadą wyruszą gdzieś, bodaj na koniec świata, zgiełkliwe i szumiące.

Niekiedy część lasu, gdzie stały sanie Owczarza, uspokaja się, jakby nie chcąc zdradzić przed ludzką istotą swoich tajemnic. Wówczas słychać z daleka stąpanie nieprzeliczonych nóg i marsz całych kolumn. Oto idą z głębi szeregi prawego skrzydła; idą, nadchodzą, już są na równi z nami, już przeszły... A oto rusza lewe skrzydło; słychać chrzęst śniegu, skrzypienie gałęzi, szum ustępującego powietrza; idą, nadchodzą, już są na jednej linii z chłopem i znowu go minęły. A oto środkowa kolumna ośmielona i zachęcona, zaczyna potrząsać gałązkami, dawać sobie znaki gałęźmi, zwoływać się ogromnym szeptem. Już pochylają się wierzchołki, już olbrzymy poddają się naprzód, ruszają... Stanęły... Widzą dwie ludzkie istoty, przed którymi las nie zdradzi swoich tajemnic. Więc stoi w miejscu i gniewnie szumiąc obrzuca ich szyszkami i zeschłymi gałęźmi, jakby mówił: „Idź stąd, Owczarzu, idź stąd i nam nie przeszkadzaj...”.