Chłop ze zdziwieniem i litością patrzył na starca, któremu czerwone oczy nabiegły łzami.
— Musi, panie — rzekł Ślimak — wy macie kiepski rozum, kiedy mnie tak napastujecie. Bo ino pomyślcie, czy jest sens prosić człowieka, ażeby dał sobie uciąć rękę albo nawet poderżnąć gardło? A cóż bym ja, chłop, robił bez ziemi?...
— Kupisz sobie innego grunta... Będziesz miał dwa razy tyle... Sam wyszukam ci taką wieś...
Ślimak kiwał głową, wreszcie odparł:
— Mówicie do mnie jak ten chłop do drzewiny, kiedy ją wykopuje w lesie, a chce zasadzać kole domu. „Chodź — on mówi — będziesz przy chałupie, będziesz między ludźmi...” No i głupia drzewina wychodzi z lasu, bo musi; ale nim ją w nowym gruncie osadzą — usycha. I wy chcecie, żebym ja tak zmarniał z żoną, z dziećmi i całym dobytkiem. Bo cóż bym począł w tym dniu, kiedy bym mój grunt sprzedał?
Rozmowę przerwał brodaty, przemówiwszy do ojca po niemiecku, głosem podniesionym i stanowczym.
— Więc nie sprzedasz? — spytał starzec.
— Ni — odparł Ślimak
— Po siedemdziesiąt pięć rubli morgę.
— Ni.