— Jak sprzedał? — zawołała. — Jak sprzedał, to... niech go Bóg skarze...
— Ale zawdy łąki nie będzie.
— Głupiś!... — odparła, zwracając się do komina. — Żyliśmy dotąd my, dzieci i dobytek, z łaski Bożej, nie z pańskiej, to i żyć będziemy.
Chłop podniósł się z ławy.
— No, kiedy tak — rzekł po namyśle — to dawaj śniadanie... No, a czego płaczesz?... — dodał.
Ślimakowa po wybuchach energii istotnie zalewała się łzami.
— Jakże nie mam płakać — szlochała — kiedy Pan Bóg miłosierny pokarał mnie takim niedojdą chłopem, co i sam radzić nie potrafi, i jeszcze mnie serce odbiera!...
— Głupiaś — odparł, nachmurzając się. — Pójdę zara do dziedzica i kupię łąkę, choćbym miał dać dwa tysiące złotych. Taką mam ambicję!
— A jak dziedzic już sprzedał folwarek114? — spytała żona.
— Mam go gdzieś! Żyliśmy dotąd z łaski Bożej, nie z pańskiej, to i odtąd nie zginiemy.