Przez ten czas podróżna jadła chleb razowy i karmiła nim psa, spoglądając na drugą stronę łąki, gdzie wśród ugoru rozłożył się tabor kolonistów.

— Jedźmy, ojcze — rzekła.

— Jedźmy — powtórzył chory. — A co się wam należy za mleko? — spytał Ślimaka.

Chłop wzruszył ramionami.

— Żebyśmy mieli — odparł — brać za taką rzecz pieniądze, to byśmy was nie zapraszali.

— Ha, Bóg wam zapłać, kiedyście na nas tacy łaskawi — rzekł chory.

— Szczęśliwa droga! — odpowiedzieli oboje Ślimakowie.

Chory znowu układł się na wózku, postękując, podróżna założyła sobie szlę na prawe ramię, przez piersi i pod lewą rękę, duży pies podniósł się z ziemi i otrząsnął na znak, że jest gotów do drogi.

— Bóg zapłać! bywajcie zdrowi!... — rzekł chory.

— Niech Bóg prowadzi!