Ślimak sposępniał.

— Co ta miało paść? — odparł po chwili. — Stasiek już jest taki odmieniec, że niech baba w polu zaśpiewa, to go zara trzęsie.

Na tym skończył. Jędrek pokręcił się po chałupie, lecz że było mu ciasno, więc wymknął się między jary. Chodził tam i sam bez celu i drogi. Czasem wdrapywał się na wzgórza, skąd było widać Niemców, jak całą gromadą kopali fundamenta, to znowu zapadał w wąwozy albo przedzierał się przez cierniste krzaki.

Ale gdziekolwiek był, wszędzie razem z nim szedł cień córki bakałarza, jej śniada twarz, szare oczy i ruchy pełne wdzięku. Chwilami dolatywał go niby z głębi jej śpiew ponętny i rzewny albo stary, schrypnięty głos Grzyba miotającego przekleństwa.

— Może ona uroki rzuciła? — szeptał zatrwożony i — znowu myślał o niej.

VIII

Nigdy jeszcze Ślimak nie czuł się tak zadowolonym jak tej wiosny. Bo i odpoczął za wszystkie czasy, i pieniądze płynęły mu do skrzyni, i napatrzył się nowych rzeczy.

Dawniej dzień wlókł mu się ciężko. Ledwie zmęczony pracą chłop rzucił się na pościel i zasnął twardo jak kamień, aliści już kobieta zdziera z niego okrycie i woła:

— Wstawaj, Józek, bo dzień...

„Jaki tam dzień?... — pomyślał zdziwiony — przecie dopiero co się układłem”. — Mimo to zbierał swoje kości, z których każda osobno trzymała się pościeli, na miły Bóg nie chcąc wstawać, przecierał oczy, ziewał, aż mu w karku trzeszczało, i rad nierad podnosił się.