Ślimak wskazał dym unoszący się za jarami mówiąc, że tam jego chałupa. Gdy zaś pan odchodził do robotników, którzy czekali na dyspozycję, objął go na pożegnanie za nogi.
Zmiarkowawszy, że nie ma na co czekać, chłop zawrócił ku domowi. W drodze zaczepił go stary Hamer.
— A co? — mówił stary — jak źle, żeście mi nie sprzedali gruntu! Ja wiedziałem, że nie wytrzymacie z nami. Teraz będzie jeszcze gorzej, bo Fryc rozgniewał się na was.
— Pan Bóg mocniejszy od Fryca — odparł chłop.
— Namyślcie się — mówił Hamer. — Zapłacę wam siedemdziesiąt pięć rubli za morgę.
— I drugie tyle nie wezmę — rzekł Ślimak.
— Będzie wam bieda, bo tu już nic nie zarobicie. Wam trzeba albo siedzieć przy dworze, albo mieć dużo gruntu. Za Bugiem kupilibyście najmniej dwadzieścia morgów za to, co weźmiecie ode mnie.
— Jo za Bug nie pójdę. Niech inni idą, kiej tam tak dobrze.
Rozeszli się obaj gniewni. Kiedy Ślimak już pod jarami odwrócił głowę, zobaczył Hamera, jak stojąc w tym samym miejscu, z rękami w kieszeniach i fajką w zębach, patrzył za nim ponuro. A kiedy znowu Hamer, idąc do kolonii, spojrzał za siebie, dostrzegł na wzgórzu chłopa, ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma, który smutnie uśmiechał się i kiwał głową.
Każdy z nich lękał się drugiego i myślał: co też on knuje i o co się tak zawziął?